Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni – czyli lista najczęściej popełnianych błędów w pracy inwestora

Artykułów, wpisów na blogach, nagrań czy podcastów o największych błędach jakie może popełnić inwestor na swojej drodze jest naprawdę mnóstwo. Nie wiem czy uda mi się napisać coś nowego, odkrywczego w tej materii. Za jakiś czas pewnie będę mógł poniższą listę zaktualizować o nowe „dokonania”, choć nie ukrywam, że wolałbym część odhaczyć i więcej do nich nie wracać. O wielu z nich wcześniej wiedziałem (czytałem, słyszałem), ale dopiero na bazie własnych, często bolesnych (dosłownie) doświadczeń mogę Wam szczerze opowiedzieć co przeszedłem i czego mnie to nauczyło. Co ciekawe, poniższe błędy nierzadko łączyły się, przenikały i tworzyły wybuchowe (czytajcie „tracące pieniądze”) mieszanki. Kolejność nie jest przypadkowa – na początku umieściłem te, które uważam za najpoważniejsze, czyniące największe spustoszenie w moim portfelu.

Błędy, które popełniałem najczęściej:

  • brak umiejętności realizacji straty – ten błąd kosztował mnie najwięcej pieniędzy. Nie potrafiłem przyznać się do błędu, udawałem, że to tylko „papierowa strata”, łudziłem się, że kurs niedługo odbije. Oczywiście zdarzało się i tak, że po zamknięciu stratnej pozycji kurs ruszał na północ, a moja frustracja razem z nim. Po lekturze znakomitej książki The Art of Execution i kilku trudnych rozmowach z Tomkiem Publicewiczem (myślicie, że łatwo jest przyjąć zdanie „Łukasz nie szanujesz swoich pieniędzy”?) wziąłem się w garść, zamknąłem kilka zbyt długo trzymanych pozycji (opisuję to szerzej w jednym z kwartalnych podsumowań) i… poczułem ogromną ulgę. Praktycznie od razu przestałem myśleć o stratach, portfel w magiczny sposób się „zazielenił”, a w głowie zrobiła się przestrzeń na nowe analizy i dużo lepsze inwestycje. Błędy, pomyłki, pech i związane z nimi straty pieniędzy będą się zdarzały – są nieodłącznym elementem pracy inwestora i trzeba się z tym pogodzić czy tego chcemy czy nie.
  • inwestowanie w spółki zbyt trudne – wydaje mi się, że u mnie była to kwestia ambicjonalna. Myślałem sobie tak (sic!) – mam 20 lat doświadczenia w biznesie, wykładam na studiach z wyceny przedsiębiorstw, inwestowaniem zajmuję się praktycznie na pełen etat – dlaczego mam się brać za tematy łatwe? Nawet gdy teraz to czytam to się z siebie śmieję. Oczywiście można mieć szczęście (na Rafako zarobiłem 118,7%!), ale ostatecznie to jednak jest trochę smutne gdy nie wiemy jakie czynniki wpływają na biznes danej spółki, albo zostajemy zaskoczeni przez okoliczności wydawałoby się najbardziej oczywiste. Kartę z napisem „Łukasz nie ruszaj trudnych tematów” do dziś mam na biurku (zgadniecie kto to powiedział?). Cały czas się uczę, doświadczam, próbuję się z coraz bardziej złożonymi zagadnieniami, ale nabrałem więcej pokory i „mierzę siły na zamiary”, a przynajmniej się staram 😉
  • internalizacja strat – o ile w obszarze analiz fundamentalnej, narzędzi czy wytyczonej strategii czuję się już dość pewnie to psychologiczna część inwestowania, związana z doświadczeniem na rynku ma przede mną jeszcze wiele tajemnic. Odkrywam je jedna po drugiej, ale zdaję sobie sprawę, że zajmie mi to jeszcze sporo czasu. Wiem (na poziomie rozumu), że straty to nieodłączny element gry, jednak podchodzenie do nich bez emocji prowadziło mnie wprost do zaprzeczania, a w efekcie problemów z zamykaniem stratnych pozycji lub lękiem przed dokonywaniem inwestycji na większych kwotach. Bardzo pomógł mi warsztat poprowadzony przez Grzegorza Zalewskiego z psychologii inwestowania, a w szczególności jego rady dotyczące prowadzenia dziennika – retrospektywna analiza historycznych decyzji, a w szczególności towarzyszących im myśli i emocji to naprawdę cenna lekcja.
  • wpadanie w pułapkę zaangażowania – w tym przypadku straty były dużo mniejsze, aczkolwiek lekcja równie cenna jak powyższa. Analizowanie spółek jest jednym z najważniejszych elementów procesu inwestycyjnego, co wcale nie oznacza (a wręcz odwrotnie!), że w każdą spółkę mamy inwestować. Jak pewne wiecie jestem zwolennikiem rzetelnej analizy fundamentalnej, nie chodzę na skróty – czytam sprawozdania, robię wyceny – poświęcam spółkom bardzo dużo czasu. I tu pojawił się problem – skoro tyle go poświęciłem to nie chciałem tego robić „na darmo”. Ostatni raz popełniłem ten błąd w przypadku inwestycji w Makarony Polskie. Lekcja odrobiona, a wniosek jest taki, że inwestowanie w wartość wymaga ogromnej cierpliwości, żelaznej dyscypliny, a przede wszystkim umiejętności odmawiania. Najdobitniej opisywał to Philip Fisher, który (jeśli dobrze pamiętam) inwestował w jedną z dwustu analizowanych spółek!
  • zbyt mała pozycja w portfelu – dziś, z moim trzyletnim doświadczeniem (stopniowego zwiększania wielkości pojedynczych inwestycji i portfela jako całości) uważam to za błąd. Wcześniej najzwyczajniej w świecie bałem się inwestować „mocniej”. Poza aspektem psychologicznym dochodzi kwestia czasu poświęconego na analizę oraz wielkości oczekiwanych zwrotów z zainwestowanych środków. Z biegiem czasu i liczby dokonanych transakcji, idąc za mottem Mohnisha Pabrai’a „few bets… big bets” nie boję się inwestować nawet 20% portfela w jedną spółkę. Na koniec dnia jest to oczywiście kwestia wiary – w daną spółkę, jej przyszłość, wycenę i związaną z nimi (własną!) tezę inwestycyjną.
  • próby przewidywania przyszłości – o ile dość szybko wyleczyłem się z prób przewidywania cen czy szerzej ruchów rynku, to zdarza mi się jeszcze czasem „wymyślać” to co mogą w przyszłości zrobić zarządzający – może wyjdą za granicę, a może wprowadzą nową linię produktową? Wysokiej jakości spółki komunikują się z rynkiem w taki sposób by można było zrobić prognozy dotyczące przychodów czy kosztów. Oczywiście każda prognoza obarczona jest jakimś ryzykiem, jednak zupełnie innym niż w przypadku kreowania własnoręcznych scenariuszy rozwoju spółki.
  • zbyt szybka sprzedaż akcjiklikając tutaj możecie zobaczyć ile razy „udało” mi się stracić pieniądze przez ten błąd. Z czego wynikał? Czasem nie trzymałem się procesu, np. nie aktualizowałem wyceny i wyjścia dokonywałem „na czuja”, innym razem miałem nieodpartą (aczkolwiek na tamten moment nieświadomą) chęć realizacji zysku. Żelazna dyscyplina (postępowanie zgodnie z własnymi zasadami), cierpliwość i trzymanie emocji na wodzy pomogą nam realizować zyski zgodnie z założeniami.
Nauka na błędach - Okiem Stratega
Nauka na błędach – Okiem Stratega

Tych błędów natomiast udaje mi się unikać:

  • brak rzetelnej analizy – wiem, że często się tak dzieje, ale nie rozumiem i sam nie potrafię (i dobrze!) inwestować własnych (a co dopiero cudzych!) pieniędzy bez porządnie wykonanej analizy fundamentalnej, rozmów ze spółką czy innymi (często dużo bardziej doświadczonymi) inwestorami. Chcę rozumieć na czym spółka zarabia pieniądze, kim są jej zarządzający oraz od czego zależą jej przyszłe wyniki.
  • kopiowanie cudzych portfeli – pamiętam gdy dobre 30 lat temu koledzy czytali streszczenia zamiast „pomęczyć” się z całą lekturą. W dzisiejszym świecie reelsów, krótkich, niewiele wnoszących treści pisanych przez różnego rodzaju agentów kończąc na słynnym „podaj mi ticker” kopiowanie jest niemal standardem. Powiem Wam szczerze – osobiście mnie to cieszy. Wiem, że rzetelnie odrobione zadanie – analiza, wycena, własna teza w długim terminie przyniosą (już przynoszą!) zadowalające efekty. Nie mam nic do inwestorów, którzy idą na skróty, nie mają strategii lub płacą „abonamenty”, ja jednak robię swoje nie oglądając się na boki. Wam też tą drogę polecam.
  • zbyt mała dywersyfikacja – bardzo dobry wpis w tym temacie popełnił niedawno Przemek Staniszewski, moim zdaniem najważniejsze jest dopasowanie liczby spółek (również klas aktywów) do zainwestowanej kwoty (wartości portfela), obranego horyzontu inwestycyjnego, a przede wszystkim charakteru czyli przede wszystkim awersji do ryzyka. Oczywiście pewne parametry można przyjąć arbitralnie (sam tak robiłem na początku mojej przygody z inwestowaniem), ale tylko czas, a wraz z nim nabierane doświadczenie pokażą nam z jaką liczbą i rodzajem spółek możemy spać spokojnie.
  • brak lub częsta zmiana strategii – jeden z moich akademickich mentorów, Krzysztof Obój mawiał „brak strategii też jest strategią.” O ile małe przedsiębiorstwa rzeczywiście są w stanie przeżyć, a nawet się rozwijać bez długoterminowej wizji i celów, o tyle inwestorom tej drogi nie polecam. Musimy wiedzieć co chcemy osiągnąć, w jakim terminie, w jaki sposób. Podobnie jak z podejściem do wyżej opisanej dywersyfikacji ową strategię musimy dopasować do własnych możliwości, miejsca w którym się znajdujemy oraz charakteru. Nie wyobrażam sobie codziennego sprawdzania cen, komunikatów „espi” i krótko terminowego podejścia do inwestycji. Odrębny temat to trzymanie się (oczywiście trzeba też być elastycznym i dostosowywać podejście do zmieniającego się świata) wyznaczonej drogi. Szczególnie w przypadku długoterminowego horyzontu nie wolno zrażać się kwartalnymi stratami, musimy radzić sobie z zazdrością gdy koledzy z Twittera chwalą się swoimi ATH, a na zyski z naszych inwestycji musimy cierpliwie czekać. Ale uwierzcie mi, ta cierpliwość się opłaca!
  • kontrarianizm dla zasady – znam ludzi, którzy właśnie dla zasady chcą zawsze być po przeciwnej stronie. Wydaje mi się, że to kwestia charakteru bo sytuacje te nie dotyczą tylko rynku, ale także innych aspektów życia. „Kupuj gdy leje się krew”, „bądź chciwy gdy inni się boją” wszyscy znamy te słynne bon moty. Prawda jest taka, że trzeba się trzymać swojego zdania, inwestycyjnej tezy, a gdy akurat inni myślą inaczej być owym rynkowym kontrarianinem, ale nie dla zasady, a w zgodzie ze sobą.
  • działanie niezgodnie z opracowanym procesem – żelazna dyscyplina, sumienność i wytrwałość to jedne z najważniejszych cech skutecznego inwestora (napiszę o nich w najbliższym czasie osobny artykuł). Przyznaję, długo (dobre dwa lata) zajęło mi opracowanie ram mojego inwestycyjnego procesu i pewnie następny rok by się go trzymać. Checklista, alerty, dziennik – wszystko po to by nie dać się pokusie pójścia na skróty i ominięcia któregoś z istotnych elementów (np. analizy fundamentalnej). Oczywiście czasem będziemy mieć szczęście, rynek nam pomoże i zarobimy pieniądze bez większego wysiłku, w długim (bardzo długim) terminie jednak bez przestrzegania własnych reguł gry łatwo będzie złamać zasadę nr 1 „nigdy nie trać pieniędzy!”

Zachęcam Was również do obejrzenia materiału wideo:

Jak sami widzicie możliwości popełnienia błędów na inwestycyjnej drodze jest całkiem sporo. Moim zdaniem można je zebrać w trzy główne kategorie – zakup bez odpowiedniego marginesu bezpieczeństwa (może się on objawiać zarówno zbyt wysoką ceną jak i niedostateczną informacją o danej inwestycji), podejmowanie zbyt wysokiego ryzyka (inwestowanie w spółki zbyt trudne, kopiowanie cudzych portfeli, brak strategii), oraz podejmowanie decyzji pod wpływem emocji (internalizacja strat, zbyt szybka sprzedaż czy nieumiejętność zamykania stratnych pozycji).

Co możemy zrobić? Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Sumiennie prowadzić dziennik (o nim przygotuję osobny wpis), wracać do zapisanych myśli i decyzji, analizować je i starać się nie popełniać zbyt wiele razy tych samych błędów. W moim przypadku obok dziennika niezmiernie pomocne były wytyczenie własnej strategii (długoterminowego inwestowania w wartość) oraz dyscyplina i trzymanie się procesu inwestycyjnego (poszukiwanie, analiza, wycena, decyzja inwestycyjna). Zalecam też unikanie wszelkiej maści rozpraszaczy (social media, niskiej jakości grupy dyskusyjne, rozmowy o cenach, popularnych „tickerach”). Szczerze rekomenduję Wam książkę „Praca głęboka” Cal’a Newporta. Autor daje wiele wskazówek, niby oczywistych (jak np wyłączenie wszystkich powiadomień lub schowanie telefonu do szuflady), ale uwierzcie mi – wdrożenie ich w codzienną pracę znacząco poprawi Waszą efektywność i zmniejszy liczbę popełnianych błędów.

Łukasz Pelowski

facebook instagram pinterest twitter youtube linkedin tiktok twitch spotify website search menu close arrow-v1 arrow-v2 arrow-v3 arrow-v4 arrow-v5 arrow-v5 arrow-left-short arrow-right-short arrow-right-long check contrast letter shopping-cart shopping-cart2